A w Karkonoszach - serce

 Zbiór dziesieciu powiadań Elżbiety Śnieżkowskiej - Bielak "A w Karkonoszach - serce" mówi o miłości w rozmaitych jej formach i aspektach. Bohaterkami tych któtkich impresji są kobiety w różnym wieku i w różnych sytuacjach życiowych. Łączy je przeżywanie głębokich uczuć, które kwitną lub kończą się na tle bujnej, karkonoskiej przyrody. Wszystkie opowiadania kierują czytelnika na piękne, karkonoskie szlaki i pozwalają kontemplować misterium wschodów i zachodów słońca nad Karkonoszami.


 WSCHÓD I ZACHÓD  SŁOŃCA

 Nad Karkonoszami wschodziło słońce. Poranna mgła kładła się milionem  drobniutkich iskier na szczytach, opływała Śnieżne Kotły, wisiała przezroczystym szalem nad Szrenicą. Dzień wstawał jasny,  upalny.  Szła  szosą prowadzącą ze Szklarskiej Dolnej do Średniej.. Było jeszcze spokojnie i cicho. Ludzie śpieszący do pracy przemykali się od czasu do czasu,  niekiedy przejechało jakieś auto. Patrzyła na las odsłaniający się  zza gęstego pasma mgieł i na promienie słońca pieszczące delikatne  gałązki. W oddali odezwał się dzwon kościoła franciszkanów.   Była tu szczęśliwa.  Była szczęśliwa z tymi wspomnieniami, które  przechowywała w pamięci, ale też odczuwała radość, gdyż wiedziała, że jutro, już jutro będą tu razem.  Zamyśliła się. Usiadła na ławce. Patrzyła na Szrenicę, która na tle porannego słońca była jeszcze mroczna, jakby  nocne sny jej nie opuszczały. Blask wschodzącego słońca był tak oślepiający, że  jej ukochany szczyt  zdawał się  ciemną plamą na tle  złotego światła.
 Było cicho. Tylko wiatr tańczył w świerkach, rosnących opodal i kołysał zawieszonymi na wierzchołkach szyszkami.
Myślała jak  to teraz będzie, kiedy on przyjedzie tu znowu. Jej operacja i choroba nie zniszczyły, jak jej się zdawało tej więzi, która między nimi  była.  Na onkologię zawsze zgłaszał się na czas z torba pełną łakoci, kwiatami i  uśmiechem. Czasem nie mogła wprost uwierzyć, że spotkała na swojej drodze takiego człowieka. Spojrzała na góry. Były już jasne, pokryte błękitną poświatą. Szrenica też pojaśniała, widać było trasę wyciągu i nartostradę. U podnóża gór łąki pokryło już słoneczne złoto, las strząsał ostatnie krople rosy  i  grzał się w promieniach rozgaszczającego się na niebie słońca.
Wstała z ławki i ruszyła w stronę szpitala pulmonologicznego, w którym teraz przebywała. Był ostatnio jej drugim domem. Tutaj robiła badania, brała chemię, cierpiała i cieszyła się, że choroba, której tak się obawiała, cofnęła się.  Teraz odbywała rehabilitację, dochodziła do sił. Szpital, w którym leżała nie był zwykłym szpitalem. Można tu było żyć po ludzku, normalnie się ubierać, wychodzić na spacery, cieszyć oczy widokiem gór. To właśnie te widoki pomagały jej żyć i dochodzić do zdrowia.  Przywiozła ze sobą  blok techniczny i akwarele. Nie była nigdy malarką, nie miała nawet takich aspiracji, ale  chciała przenieść na brystol to, co ją tak frapowało i cieszyło. Malowała chmury nad górami i wiatr, który w nich był i strach, który był w niej . A także słońce, jego wschody i zachody nad Karkonoszami i cienie w skalnych żlebach i kosodrzewiny i świerki, a także brzozy i buki, czerwieniejące jesienią.
- Może jestem jak Nikifor – myślała – uprawiam malarstwo prymitywne, ale przynajmniej ono po mnie zostanie gdy…
 Z myślą o śmierci zdążyła się już oswoić. Nie przerażała jej. Byle tylko nie bolało. Bólu bała się najbardziej. Tego fizycznego i tego duchowego. Ten drugi rodzaj cierpienia znała także. Poznała go dobrze, gdy Marcin spakował swoje walizki. Nie wiedziała, że odrywanie miłości jest takie bolesne. Musiała tego doświadczyć, żeby jej dusza stała się jeszcze szlachetniejsza. Bo cierpienie podobno uszlachetnia.
Choroba nie bolała tak bardzo. Rak płuc nie boli. Tylko po chemii jest źle. „zdycha się” , jeszcze żyjąc. Przeżyła. Teraz będzie już tylko lepiej – myślała. Tylko lepiej. I jeszcze jutro ma przyjechać Andrzej.
Na spacer wyszła wczesnym rankiem. Zgłosiła dyżurnej pielęgniarce, że idzie się przejść. I tak budziła się wcześnie. Nie chciała leżeć bezczynnie i słuchać pochrapywania Basi z sąsiedniego łóżka, wolała iść przed siebie i towarzyszyć słońcu w jego przyjściu na świat. Musiała jednak wracać. Zdążyła jeszcze się przebrać i poszła na śniadanie.
Szpitalny dzień toczył się swoim trybem. Śniadanie, zabiegi, wizyta lekarska, znowu zabiegi, chwila na lekturę, albo ploteczki z Basią, którą poznała tu już sześć lat temu. Basia leczyła tu astmę. Zżyły się i zaprzyjaźniły. Gdy tylko mogły, brały razem pokój.
Po  inhalacjach, gimnastyce oddechowej i obiedzie kładły się na chwilę na poobiednią drzemkę. Ona jednak nie mogła usnąć. Czekała, żyła czekaniem. Wczoraj przysłał sms. Napisał, że będzie  w sobotę rano. Dzisiaj był piątek.
Mimo choroby i  ciągłego osłabienia, była przecież wciąż kobietą. Myślała w co się ubierze i gdzie pójdą i co mu pokaże.  Gdy była tu  na ostatniej chemii, przyjechał. Nie była w stanie wychodzić, ale  poszła z nim pod rękę na krótki spacer, popatrzeć na góry, odetchnąć świeżym powietrzem. Mówił jej, że ją kocha i nie zostawi jej w tym nieszczęściu. Było to  dla niej wtedy bardzo ważne, a nawet najważniejsze. Chciała żyć, bardzo chciała żyć dla takich spacerów i dla takich słów.
Znali się krótko, zaledwie pół roku, poznali się właśnie tu, w szpitalu, gdzie on odbywał rehabilitację po zapaleniu płuc. Był pogodnym, wesołym człowiekiem. Wniósł w jej życie nadzieję na wyleczenie i na dalsze życie. Niczego sobie nie obiecywali. Po prostu byli razem, dzwonili do siebie , wysyłali „esemesy” i to dawało jej poczucie bezpieczeństwa i pewności, że  żyć trzeba, że warto, że można jeszcze mieć nadzieję. I oto dowiedziała się niedawno, że choroba się cofnęła, że może zacząć wszystko od nowa. Napisała mu o tym, wysłała radosną wiadomość. Odpisał. Teraz czekała. Czekała na niego i na nowy rozdział w swoim życiu. Nie wyobrażała sobie jednak już samotnego życia. Chciała, aby toczyło się ono w cieple jego troskliwej miłości.
 Otworzyła szafę, wybrała najładniejszą sukienkę, pomyślała, że powinna umyć głowę i zrobić sobie na jutro  nową fryzurę. Kupiła w szpitalnym kiosku  nowy, różowy lakier do paznokci i taką samą szminkę. Życie ze zdwojoną energią wracało do niej.
 Następnego dnia Basia pomogła jej zrobić „ szałową’ fryzurę, potem polakierowała sobie paznokcie, włożyła tę  nową sukienkę i z drżeniem serca czekała na jedenastą. O tej porze przychodził autobus z Legnicy. Tym autobusem miał przyjechać Andrzej i miało się dla niej rozpocząć nowe, już coraz lepsze życie.
Zamówiła nawet stołówce dodatkowy obiad dla niego, tak na wszelki wypadek, żeby nie musiał jechać do miasta na przekąskę. Chciała cieszyć się tym jasnym, słonecznym dniem, górami, które dzisiaj były wyjątkowo piękne, biało- błękitne, radosne, jakby i one czekały na wielką, szczęśliwą zmianę.
  Przed jedenastą wyszła przed budynek i spacerowała.  Patrzyła na drogę, którą zawsze przychodził. Wypatrywała znanej sylwetki  wysokiego mężczyzny, idącego  długim, miarowym krokiem w stronę szpitala. Chodziła tak  już dłuższą chwilę, ale Andrzeja nie było. Spojrzała na zegarek. Było wpół do dwunastej. Stała tak bezradna, zmartwiona, nie wiedząca co począć.
- Anka – usłyszała glos Basi z okna – Anka jakiś sms przyszedł do Ciebie! – Pobiegła na górę,  wzięła komórkę, nacisnęła klawisz odczytu, przeczytała:

Wybacz Aniu, dziś nie mogę przyjechać. Dam znać. Cieszę się, że doszłaś do zdrowia, będziesz mogła już samodzielnie wkraczać w nowe życie. Odezwę się. Andrzej. 

Usiadła na łóżku, spuściła ręce, nie chciało jej się już żyć.
- Anka, co z tobą? -  objęła ją ramieniem Basia. – Co się stało? Nie przyjedzie? Dlaczego?
Pokazała jej treść  „ esemesa”.
- A to łajdak! – krzyknęła Basia – ale ona już niczego nie chciała słyszeć.  Położyła się na łóżku w tej swojej pięknie wyprasowanej, nowej, zielonej sukience i zamilkła. Ani jedna łza nie spłynęła jej z oczu, tylko tam, gdzieś wewnątrz bardzo coś zabolało.
Po kolacji poszła tą sama drogą, która spacerowała poprzedniego ranka. Usiadła nawet na tej samej ławce.
Nad Karkonoszami zachodziło słońce, oblewając siniejące pasmo gór czerwonym blaskiem. Widziała, jak chowa się za granatowy  grzbiet, pozostawiając purpurową smugę na niebie. Za chwilę i ona zbladła. Pierwsze gwiazdy pokazały się nad Szrenicą.  Zmierzch kocim krokiem skradał się nad góry, las i wierzchołki świerków. I w jej sercu coś gasło bezpowrotnie. – Zaszło słońce – pomyślała – zaszło – i wolnym, bardzo wolnym krokiem skierowała się w stronę szpitala.

 

 

Jan OwczarekO Karkonoszach prozą z nutką liryzmu 

W okresie powojennym niezbyt wiele powstało książek literackich, które tematycznie byłyby osadzone w Karkonoszach. Mamy pojedyncze teksty, ba nawet almanachy lokalne, w których obecna jest tematyka karkonoska, natomiast całe utwory lub zbiory tekstów jednego napisanych jednym piórem poświęcone Karkonoszom łatwiej spotkamy w twórczości autorów czeskich czy – żyjących dawniej w Karkonoszach – pisarzy i poetów niemieckich. Pierwszym zwiastunem polskim jest wydany w latach siedemdziesiątych przez Ossolineum cieniutki tomik poezji Łucji Danielewskiej pt.”Liryki karkonoskie”. Dlatego może cieszyć pojawienie się zbioru opowiadań Elżbiety Śnieżkowskiej – Bielak, których wydarzenia osadzone są w Karkonoszach lub u ich podnóża, a same góry nie są tylko obojętnym tłem, bowiem autorka czyni je konstytutywnym elementem fabuły. Bez Karkonoszy losy bohaterów potoczyłyby się inaczej, albo pewne zdarzenia w ogóle by nie zaistniały. Tytuł całości „A w Karkonoszach – serce” – będący także tytułem jednego z opowiadań – wymownie wskazuje na rolę karkonoskiego pejzażu, który staje się także przestrzenią wewnętrzną.

     Bohaterkami opowiadań Śnieżkowskiej – Bielak są kobiety dojrzałe, czasem ciężko doświadczone przez życie, pragnące miłości i miłość tę znajdujące, zmuszone do twardego stąpania po ziemi, ale niepozbawione wrażliwości i trochę poetyckiej refleksyjności. 

Jadąc autobusem syciła oczy słońcem wschodzącym nad Karkonoszami i czuła, że wraca z bardzo daleka. Wraca do domu, który choć jeszcze nie był jej znany, ale był tu, gdzie zawsze chciała żyć, blisko drogich sercu stron, blisko gór, świerkowych lasów i tych klimatów, które znała od dziecka. Tutaj wszystko ją cieszyło i nic nie wydawało się jej straszne. Tu w Karkonoszach była u siebie. Była w domu.” – to uczucia bohaterki opowiadania „Do domu”, matki dwójki dzieci, która z przyczyn ekonomicznych niegdyś wyjechała z mężem do dużego miasta na Górnym Śląsku, a teraz – po rozstaniu z mężem z powodu jego zdrady – wraca w rodzinne strony. Znajomy pejzaż dodaje otuchy. Bohaterka niczym mityczny Anteusz w kontakcie z rodzoną ziemią nabiera siły do walki z przeciwnościami losu. 

     W Karkonoszach też osadzone są niewesołe doświadczenia bohaterki opowiadania „dom pod lasem”. Zauroczona górami kobieta namawia męża do zbudowania domu na wzgórzu, a gdy nastąpiło ich rozstanie, zamiast się załamać, postanawia pozostać we wspólnie niegdyś budowanym domu. Bo właśnie ten dom z widokiem na Śnieżkę był czymś trwałym. Trwalszym od jej związku, od jej uczucia do niewiernego męża. Był owocem jej uczucia do karkonoskiej ziemi, które w odróżnieniu od uczucia do mężczyzny nie sprawiło jej zawodu:

To była pomyłka – powiedział do siebie w duchu.- Ale ten dom pomyłką nie był. Był jej miejscem na ziemi, jest azylem i dziełem, które wprawdzie zaczęli wspólnie, ale ona je kończyła.[…] ten dom, ogród i góry, które tak kochała,  dodawały jej sił. Wiedziała, że wygra. Bo ona zdradzać nie umiała, ani ludzi, ani marzeń. A ten dom pod lasem był jej wielkim, zrealizowanym marzeniem!”

    Pesymistyczny wydźwięk ma też opowiadanie „Wschód i zachód słońca”, którego bohaterka jest pacjentką szpitala dla przewlekle chorych. Czytelnik dzięki kontekstowi może nawet zlokalizować ten rzeczywiście istniejący obiekt, który niegdyś był specjalistycznym szpitalem kolejowym w Szklarskiej Porębie Średniej. Nieszczęśliwy romans, którego tło stanowią szpitalna codzienność, może wywoływać skojarzenia z pełnymi zmysłowego pragnienia wierszami Haliny Poświatowskiej. W opowiadaniu pojawiają się piękne realistyczne opisy pejzażu karkonoskiego:

„Dzień wstawał jasny, upalny. Szła szosą prowadzącą ze Szklarskiej Poręby Dolnej do Średniej. Było jeszcze spokojnie i cicho. Ludzie śpieszący się do pracy przemykali od czasu do czasu, niekiedy przejechało jakieś auto. Patrzyła na las odsłaniający się zza gęstego pasma mgieł i na promienie słońca pieszczące delikatne gałązki. W oddali odezwał się dzwon kościoła franciszkanów. […] Usiadła na ławce. Patrzyła na Szrenicę, która na tle porannego słońca była jeszcze mroczna, jakby nocne sny jej nie opuszczały. Blask wschodzącego słońca był tak oślepiający, że jej ukochany szczyt zdawał się ciemną plama na tle złotego światła.

    Było cicho, tylko wiatr tańczył w świerkach rosnących opodal i kołysał zawieszonymi na wierzchołkach szyszkami.”

[…]

„Nad Karkonoszami zachodziło słońce, oblewając siniejące pasmo gór czerwonym blaskiem. Widziała, jak chowa się za granatowy grzbiet, pozostawiając purpurową smugę na niebie. Za chwilę i ona zbladła. Pierwsze gwiazdy pokazały się nad Szrenicę. Zmierzch kocim krokiem skradał się nad góry, las i wierzchołki świerków. I w jej sercu coś gasło bezpowrotnie.”

      Tytułowy „Wschód i zachód słońca” okazuje się nie tylko impresjonistycznym sztafażem fabuły, ale jest parabolą. Bowiem poranek niesie bohaterce opowiadania nadzieję na spotkanie z ukochanym, która narasta do momentu, gdy w telefonie komórkowym ukazuje się SMS, który przekreśla pielęgnowane od rana wyobrażenia o spotkaniu. Zachód słońca nad górami jest tylko nostalgicznym dopełnieniem smutku Anny. I chociaż nawet miejsce przeżyć bohaterki – przydrożna ławka - się nie zmienia, to widzimy radykalną różnicę w nastroju, budowanego przez autorkę na dwóch płaszczyznach – duchowej i zewnętrznej, w której pejzaż staje się odbiciem przeżyć zakochanej kobiety.

     Niektóre z opowiadań Śnieżkowskiej – Bielak mają klimat wspomnieniowy. Wyglądają na reminiscencje autorki. Do takich należy „Dom z dzieciństwa”. Anna Sadowska, bohaterka tego opowiadania, przystaje w trakcie spaceru przed domem swojego dzieciństwa w willowej dzielnicy Cieplic. Przywołuje obrazy pamięci z tamtego czasu. Dom ten sam ,ale sporo elementów uległo zmianie. W trakcie rozmyślań Anny podchodzi do niej starsza kobieta, jak się okazuje – Niemka, która też mieszkała niegdyś w tym domu. Będąc z mężem na kuracji w cieplickim uzdrowisku także odbywa nostalgiczne spacery po miasteczku, w którym żyła przed wojną. Mimo różnicy pokoleń, doświadczeń i trudności językowych między kobietami zawiązuje się nić przyjaźni, która ma zaowocować obiecanymi sobie wzajemnie odwiedzinami. Opowiadanie, można rzec, przedstawia banalną dość prawdę, że obrazów dzieciństwa nie da się zapomnieć i że zawsze będziemy do tamtego czasu tęsknić. Jednak autorce udało się  ukazać piękno wspomnień. Ale ważniejsze jest w „Domu z dzieciństwa” chyba to, że magia wspomnień potrafi zbliżać ludzi, wydawałoby się, tak bardzo się różniących, bo jej siłą jest tęsknota i nieulegająca zatarciu pamięć o dawnych szczęśliwych chwilach, o tym co w człowieku jest piękne i dobre. I że to wszystko ma związek z miejscem, w którym owo dzieciństwo się spędziło. Obie bohaterki – Anna i Helga – uniosły w daleki świat te same kochane miejsca  i ten sam krajobraz gór, ciemniejących na południe od ich dawnego domu.

      W opowiadaniu „Legenda” pojawia się inna starsza kobieta o imieniu Kunegunda, córka Polaka i Szwajcarki, mieszkająca samotnie w wykupionym w Sobieszowie mieszkaniu. Przypadkowa zbieżność jej imienia z imieniem bohaterki lokalnego podania o złej i okrutnej księżniczce z góry Chojnik wznoszącej się nad Sobieszowem przywołuje mimowolnie to skojarzenie i jest dyskretnie wkomponowane w intencje przedstawionych zdarzeń. Jednak bohaterka „Legendy” nie jest zła i okrutna. Jest nieszczęśliwą starą kobietą, samotną i pogodzona z losem, która znajduje odrobinę zrozumienia i współczucia u sąsiadki. Anna Bieżańska jest natomiast spełnioną w życiu rodzinnym osobą, pięćdziesięciotrzyletnią matką i babcią, która wie, że Kunegundzie Laube potrzebuje pomocy. Niemniej i sama główna bohaterka jest osobą, do której przecież Anna przybiegła po pomoc. Kunegunda jest bowiem zielarką, której szwajcarskie lata dały spore doświadczenie i wiedzę w tym zakresie. Wydaje się, jakby autorka kreując jej postać, modyfikowała jedynie wizerunek rzeczywiście żyjącej jeszcze niedawno zielarki, starszej Niemki, mieszkającej w górnej Sosnówce w pobliżu kaplicy świętej Anny. 

     „Znalezisko ze Złotego Widoku” to opowieść o  związku poetki i malarza. Bohaterka po odejściu Jerzego, który – można przypuszczać – nadal darzy ją uczuciem, ale odchodzi, bo są jakieś sprawy do rozwiązania, samotnie spaceruje z psem w okolicy Chybotka w Szklarskiej porębie Dolnej. Zagląda na skalny występ Złotego Widoku, by podziwiać zawsze piękne Karkonosze. Wracając ze spaceru znajduje pióro ptaka; pióro dziwne, nieznane, co skłonna do poetyckich wyobrażeń uznaje za znak. Za symbol. Bo przecież pozostała jej twórczość, o której w liście napisał jej Jerzy („Nie jesteś sama. Masz przecież tę swoją poezję!”). W konkluzji opowiadania wyłania się refleksja o wartości tworzenia jako wielkiej wewnętrznej potrzeby. Ostatecznie jednak po lekturze tego opowiadania pozostaje osad smutku, choć z odrobiną nadziei.

       Inny za to charakter mają opowiadania „Na „Samotni” czy „A w Karkonoszach – serce”. Osadzone w scenerii gór przygody napawają otuchą. Podążająca do „Samotni” bohaterka wspomina swoje studenckie eskapady w grupie roześmianych studentów. Wspomina swój krótki górski miłosny epizod, po którym już nigdy nie spotkała poznanego w górach chłopaka. W schronisku zastaje sporą studencka imprezę i...mężczyznę, w którym rozpoznaje swoją rajdową miłość. Szczęśliwi bohaterowie spacerują nad Małym Stawem:

    „Założyliśmy kurtki i wyszliśmy. Na wrześniowym niebie wisiało mnóstwo srebrzystych gwiazd. Księżyc, jak przed laty, przeglądał się w Małym Stawie. Wzięliśmy się za ręce i poszliśmy nad brzeg. Nie mówiliśmy nic, oczarowani tą chwilą tak niespodziewanie podarowaną nam przez los”. 

Niespodziewane spotkanie kogoś kiedyś kochanego, aura wspomnień i powrót uczuć, piękna sceneria to elementarne składniki romansu, który pojawia się też opowiadaniu tytułowym całego zbioru. Przypadkowo (jeśli istnieje przypadek) spotkany w górach turysta staje się towarzyszem wypraw na dłużej. W tle Góry Izerskie i Karkonosze. Opowiadania Elżbiety Śnieżkowskiej-Bielak, autorki powieści „r@ndki.pl”, to na ogół krótkie historie miłosne, obrazy sytuacji życiowych podszytych smutkiem, tęsknotą, poczuciem osamotnienia. Jednak klamrę całości stanowią wspomniane wyżej tytuły, które kończą się optymistycznie, szczęśliwie. Na uwagę zasługuje świadomy wybór scenerii tych fabuł. Karkonosze okazują się nieobojętnym tłem. Są – można rzec – milczącym bohaterem, który przygląda się ale i ewokuje pewne fakty. Miejsca wydarzeń są zresztą bardzo różne, wszystkie jednak usytuowane są w Karkonoszach. Jak serca ich bohaterek.

 

Elżbieta Śnieżkowska-Bielak, A w Karkonoszach – serce”, Oficyna Wydawnicza ”STON2”, Kielce 2010, s. 88

 

 

 

 

 

 

 

<< Wstecz
Elzbieta Sniezkowska-Bielak