Chłopaki z domku na drzewie

Książka Chłopaki z domku na drzewie wydana przez częstochowskie wtdawnictwo Edycja Świętego Pawła opowiada o przyjaźni i   przygodach czterech nastolatków.

"Arek, Krzysiek i Benek postanawiają wybudować domek na drzewie w ogrodzie Krzyśka. Taka budowla to doskonały punkt obserwacyjny dla kogoś, kto chce zostać detektywem… Chłopcy nie przypuszczają nawet, że wydarzenia nabiorą zupełnie nieoczekiwanego kierunku, gdy przyjmą do swojej paczki niepełnosprawnego Karola…"


. DOMEK NA DRZEWIE

Arek jak zawsze wrócił ze szkoły przed trzecią. Mama, jak każdego dnia, znów  poleciła mu zrobić zakupy w pobliskim markecie i siadać do lekcji. Sama szykowała się do pracy na drugą zmianę. Mama Arka pracowała w hotelu jako recepcjonistka i nie mogła się spóźnić. Arek wiedział, że zakupy i wychodzenie z  Łapą to jego domowe obowiązki.
Tego dnia jak zwykle wziął spis produktów do kupienia, wielką torbę na kółkach i pojechał do osiedlowego sklepu. Chodził po nim i zdejmował z półek  dżem, mleko, chleb, groszek konserwowy, olej…, gdy nagle zauważył Benka. Benek był sam i niósł koszyk wypełniony chipsami, ciastkami i wafelkami.
- Po co ci tyle frykasów? – zapytał Arek, doganiając kolegę.
- A… na wielką ucztę w naszym domku …- niechętnie odpowiedział Benek.
- W jakim domku?
- No w naszym, Krzyska i moim. Właśnie go budujemy.
- Budujecie? A gdzie? – zdziwił się Arek. – Macie pozwolenie na budowę domku? Od kogo?
- Oj,  głupi jesteś! – zdenerwował się Benek. – My nie potrzebujemy żadnego pozwolenia. My budujemy domek w ogrodzie Krzyśka, ale nie na ziemi.
- A gdzie?
- Na drzewie.
Oooo, na drzewie? A dlaczego właśnie tam?
- Bo to ma być kryjówka, punkt obserwacyjny i nasze gniazdo. Tylko….- zająknął się Benek- tylko desek nam zabrakło, więc nie możemy skończyć. Ale jest już podłoga i jedna ściana, wiesz?
- A przyjmiecie mnie na wspólnika? Mam w piwnicy starą szafkę, mogę dać na wykończenie domku.
- _ Szafka na pewno by się przydała, ale co powie o tym Krzysiek? To jego ogród jego drzewo. No, chyba, że przyjdziesz tam  zaraz po czwartej  i przedstawisz swoją ofertę. Ja nie mam desek, Krzyśka już wykorzystaliśmy, może się zgodzi, jak chcesz, to wpadnij.
- Będę na pewno! zawołał Arek i prędko popchał sklepowy wózek do kasy. Akurat jak na złość była długa kolejka i chłopiec denerwował się, że nie zdąży. Przestępował z nogi na nogę, prosił wzrokiem panią kasjerkę, żeby obsługiwała szybciej, ale i tak nic to nie pomogło. Pani kasjerka obsługiwała w swoim, normalnym tempie, a kolejka malała po woli. Wreszcie Arek stanął przed kasą. Zapłacił, przełożył zakupy do torby na kółkach i pobiegł do domu. Spojrzał na zegarek. – Za dziesięć minut czwarta, chyba zdążę – pomyślał, ale  kiedy sięgał po klucz, zauważył, że jego ukochany pies Łapa kręci się i  piszczy żałośnie pod drzwiami.
Oj, Łapcia, spóźnię się przez ciebie. Ale dobrze, nie mam innego wyjścia, idziesz ze mną! – zawołał chłopiec i przypiął Łapie smycz.
 Prosto od swoich drzwi puścił się biegiem. Łapa zachwycony pędził za chłopcem. Przebiegli park, ulicę  Zamkową i wpadli na Kasztanową, przy której mieszkał Krzysiek.
Już  z ulicy Arek zobaczył Benka i Krzyśka wciągających na grubej linie jakieś koce i paczki na drewnianą platformę z jedną ścianą, która prześwitywała wśród gałęzi drzewa rosnącego obok garażu.
Arek otworzył furtkę i wszedł na podwórko, minął ganek i wszedł do ogrodu. Właśnie chłopcy skończyli windowanie kosza  z narzędziami i usiedli na trawie, żeby odpocząć.
- Cześć – powiedział Arek – mam deski, mogę przynieść.
- Jakie deski? – zapytał podejrzliwie Krzysiek- I skąd się tu wziąłeś? To jest tylko nasz domek!
- Ale – wtrącił się Benek- on mógłby się przydać, na dyżurach obserwacyjnych, a poza tym ma deski. To jest Arek, ten nowy, który niedawno przyszedł do naszej klasy.
- Jakie są te deski – zapytał wyniośle Krzysiek.
- Ze starej szafki. Mam w piwnicy. Nikomu się nie przyda, tylko wam. A o jakich dyżurach mówiliście?
- Dowiesz się w swoim czasie, jak nabierzemy do ciebie zaufania, a teraz bierzemy metalowy wózek mojego taty i jedziemy po tę twoją szafkę –  zakomenderował Krzyś, ale już łaskawszym tonem.
Wyciągnęli z garażu nieco pordzewiały, metalowy wózek na dwóch kółkach i pojechali na ulicę Leśną. Tam, na niewielkim osiedlu mieszkał Arek.
- Poczekajcie, tylko wezmę klucz od piwnicy i zostawię psa - krzyknął Arek ciągnąc opierającego się Łapę po schodach. Odpiął psa, nalał mu wody do miseczki, wziął klucz od piwnicy i zbiegł po chodach jak super ekspres.
 Szafka rzeczywiście pasowała jak ulał. Można z niej było zrobić  brakujące ściany i dach. Co prawda trzeba było ją najpierw wyczyścić ze starych pajęczyn i piwnicznego kurzu, ale Benek i Krzysiek byli zachwyceni.- To jest to! – cmokał zadowolony Benek- miałem nosa, że go do ciebie sprowadziłem, może nie? – popatrzył nieśmiało na Krzyśka.
- No, fajnie, dobrze się spisałeś- powiedział protekcjonalnym tonem Krzysiek. – Szafka dobra, ale czy on się nada?
- Nada się, zobaczysz, on jest ok.! – zachwalał Arka  Benek.
Arek zezłościł się. – O co wam naprawdę chodzi? Do czego mam się nadać? Mówcie, bo zabiorę szafkę!
Krzysiek spojrzał o wiele łagodniej. – No nie wściekaj się tak. Jesteś nowy, dlatego musimy cię zbadać. No, ale dałeś materiał, więc powinniśmy cię wtajemniczyć.
- Oczywiście, że powinniśmy – przytaknął Benek.
- No więc stary – zaczął tajemniczo Krzysiek – wczoraj ktoś chciał się zakraść do naszego garażu i złamał klucz w zamku. Mój tata wymienił wprawdzie zamek, ale przecież nie ma pewności, że złodziej nie wróci. Dlatego my, no wiesz Benek i ja chcieliśmy zrobić na drzewie zamaskowany gałęziami domek- nasz punkt obserwacyjny i śledzić wieczorami i w nocy  teren. Myślę, że na jednej złodziejskiej próbie się nie skończy.
Ooooo! – zawołał ze zdumieniem Arek – to macie tu zamiar siedzieć całe noce.
- No jasne, będziemy detektywami! Namierzymy drani i zadzwonimy na policję- gorączkował się Benek.
- I mamy wam tak pozwolą? – zapytał z niedowierzaniem Arek.
- Co, może jesteś maminsynkiem, dzięciołkiem, co wkuwa na pamięć wzory z matmy i daty historyczne? – zadrwił Krzysiek.
- Może i jestem, co ci do tego – odciął się Arek. Ja nie będę mógł siedzieć  tu w nocy i koniec.
- Ale z ciebie baba! Tchórz cię oblatuje.
Nie oblatuje, mylisz się, wcale się nie boję tych złodziei!
- No to będziesz musiał to udowodnić – powiedział Krzysiek z pogardliwą miną.
- A udowodnię, zobaczycie!- krzyknął Arek. Było mu przykro, że koledzy posądzili go o tchórzostwo. On nie bał się, ale nie chciał, żeby się mama martwiła.
No, nie kłóćcie się – upomniał ich Benek, musimy dziś dokończyć ten domek.
Wzięli się do roboty.  wyjęli z garażu narzędzia należące do taty Krzysia i zaczęli kończyć budowę domku. Ani się spostrzegli jak zaczęło się zmierzchać.
- Na dzisiaj koniec! –zarządził Krzysiek. Jutro po szesnastej, jak dziś!
- Będziemy- odkrzyknęli Benek z Arkiem. Sprawa domku zaczęła wciągać wszystkich.


 Następnego dnia stawili się wszyscy trzej. Wzięli się ostro do roboty. Stukali i pukali, ale po dwóch godzinach pracy kryjówka była gotowa – Jeszcze zamontujemy to - dodał  Krzysiek, rozwijając wspaniałą, mocną sznurkową drabinkę.
- O rany! jak fajna! Prawdziwa? – pytali jeden przez drugiego Arek i Benek.
Jasne, że prawdziwa, dał mi ją mój wujek, który jest marynarzem i podróżnikiem.
- Oooo!- zawołali z podziwem chłopcy. – Widzicie więc – kontynuował Krzysiek, że jesteśmy profesjonalistami. Mamy profesjonalny sprzęt, no i kryjówkę świetną. Teraz musimy ją zamaskować. Trzeba pościnać  trochę gałęzi rosnących niżej, można także przerzedzić ten krzak bzu przy siatce.
I znowu chłopcy wzięli się do pracy. Obcinali mniejsze gałązki i rzucali na jedno miejsce.
 – No, teraz możemy brać się za maskowanie – powiedział Benek i zaraz dodał – Patrzcie!
Chłopcy odwrócili się w stronę, w która wskazywał Benek.
na sąsiedniej posesji był ruch i gwar. Na ulicy stała wielka ciężarówka, z której jacyś panowie wynosili meble i wnosili je do  willi w ogrodzie. Kierował nimi  pan z wąsami i szczupła, jasnowłosa pani.
- Koniec na dzisiaj – powiedział Krzysiek. . To nowi lokatorzy. Ten dom długo stał pusty Nie chcę, żeby ci obcy ludzie zauważyli co się dzieje na naszym podwórku.
Uwaga była słuszna, bo właśnie tato Krzyśka wychylił się przez okno i zaprosił wszystkich na kolację.
Chłopcy weszli, zrzucili za drzwiami adidasy, założyli „gościnne” kapcie i poszli do łazienki umyć ręce.
- - Fajny ten twój tata, kanapki robi.
- Musi, nie ma wyboru, mama od pól roku jest w Londynie.
- W Londynie? – zapytał Arek – to pewnie masz dużo forsy?
Krzysiek zmieszał się, poczerwieniał i posmutniał. Eeee tam forsa! Nic wielkiego, a zresztą  nie gadajmy już o tym. Co cię to wszystko obchodzi?
Arkowi zrobiło się głupio. Rzeczywiście, co go to obchodzi, niepotrzebnie się dopytywał. – Przepraszam – powiedział do Krzysia , nic mnie to nie obchodzi, masz rację.
Krzysiek uśmiechnął się smutno. – Nie szkodzi – powiedział, wiem, że nie chciałeś źle

 Nazajutrz była sobota i chłopcy byli w krzyśkowym ogrodzie już od rana. Maskowali swoją kryjówkę wciskali obcięte gałęzie gdzie się dało, niektóre wkładali w szczeliny, a inne przybijali młotkiem. Gdy zużyli już cały materiał, zeszli z drzewa i  przyglądali się swojemu dziełu. Było wspaniałe! Domku prawie wcale nie było widać. No, może z lewej strony wystawała część arkowej szafki, ale to nadawało się już tylko do poprawki. Koledzy przybili sobie „piątkę” i właśnie wtedy spostrzegli, że z okna domu, do którego wczoraj wprowadzili się nowi lokatorzy, parzy na nich chłopiec mniej więcej w ich wieku. Chłopiec zauważył, że został dostrzeżony i zniknął.
- No, jeszcze tego brakowało – zdenerwował się Krzysiek – przecież my tu nie chcemy niepożądanych gości!
- Ten chłopak chyba będzie tu mieszkał – domyślał się Benek – niewiadomo kto to jest i jakie ma zamiary. A może chce nam zniszczyć kryjówkę?
- Tego by jeszcze brakowało – zawołał Arek. Tyle pracy i moja szafka, a to wszystko miałoby pójść na nic? Nie, do tego nie możemy dopuścić.
Kiedy koledzy  zastanawiali się  jak w tej sytuacji postąpić, w oknie znowu pojawiła się twarz nieznajomego chłopca.
- Ej, ty, ciekawski, zwiewaj, bo cię pogonimy! – zawołał Krzysiek i rzucił w okno nieznajomego kamykiem.
- Spadaj! – wykrzyknął głośno Benek i także rzucił kamykiem. Arek nie chciał być gorszy , nic wprawdzie nie zawołał, ale pogroził sąsiadowi pięścią i  pokazał mu język. Chłopiec zniknął. Oddalił wolno. Zupełnie się jakby odpłynął w mrok pokoju.
  W niedzielę chłopcy  wdrapali się na drzewo i ukryli  swojej kryjówce. Benek wniósł po sznurkowej drabince słodycze i chipsy. Chłopcy zajadali z zastanawiali się jak rozłożyć wieczorne i nocne dyżury, gdy nagle Arek zauważył, że na sąsiednim podwórku, pod dużą jabłonką stoi wózek inwalidzki, a w nim, owinięty pledem siedzi chłopiec, który wczoraj obserwował ich z okna.  Nagle zrozumiał dlaczego ich rówieśnik „odpływał” od okna. On odjeżdżał na wózku, bał się ich. – Spójrzcie- powiedział do kolegów. – Chyba daliśmy plamę.
Krzysiek i Benek mieli niewyraźne miny. – I co teraz zrobimy? – zapytał Arek.
- Co mamy robić, nic – odpowiedział ze złością Benek.
- Nie chłopaki – cicho powiedział Krzysiek – my musimy coś zrobić. W Londynie na leczeniu przebywa mój starszy brat chory na porażenie mózgowe. Też jeździ na wózku. Mama jest tam z nim, a my z tatą tu sami. Nie, my musimy coś zrobić! powiedział dobitnie i zamyślił się.
- Już wiem! – wykrzyknął nagle. W naszym garażu jest huśtawka, jeszcze z czasów, kiedy byłem mały. Ta huśtawka jest duża i ma grube sznury, zaraz ją zobaczę – zawołał i nim Arek z Benkiem się obejrzeli Krzysiek już schodził po sznurkowej drabince.
Po chwili taszczył sporą  drewnianą huśtawkę, którą utrzymywały solidne linki.. Krzyś wszedł na drabinkę.
 – Niech no mi który pomoże! Zahaczcie o te linki nasz sznur, służący do wciągania narzędzi! O Tak, dobrze! A teraz ciągnijcie!   Dobra! Trzeba będzie ten sznur przerzucić przez najgrubszą gałąź i tak wciągać tę huśtawkę!
- No ale po co – dopytywał się zdezorientowany Benek.
-No jak to po co? Zaprosimy go tu, na drzewo, przecież sam nie wejdzie! Widzisz, że  jest niepełnosprawny!
Właśnie do chłopca siedzącego na wózku inwalidzkim podeszła ta sama jasnowłosa pani, która dyrygowała ludźmi roznoszącymi meble. Zdjęła ciepły pled i osłoniła chłopca cieńszym kocykiem. Koledzy siedzący na drzewie zobaczyli, że tamten chłopiec nie ma obu nóg.
- Masz rację- powiedział Arek – tak właśnie powinniśmy zrobić. Powinniśmy się z nim zaprzyjaźnić.
Chłopcy spuścili sznurkową drabinkę i jeden po drugim zeszli na dół. Wybiegli na ulicę. Krzysiek nacisnął klamkę u furtki. Otworzył. Weszli. Podeszli do siedzącego na wózku chłopca z tyłu, obeszli jabłonkę i stanęli przed kaleką. Chłopiec zbladł, w jego oczach widać było strach.
- Nie bój się – łagodnie powiedział Krzysiek – myśmy nie wiedzieli, myśleliśmy, że nas szpiegujesz. Teraz już wiemy.  – Chcieliśmy cię przeprosić – dodał Arek – I zaprosić do naszej kryjówki na drzewie. Już wszystko przygotowaliśmy!
 Kaleki chłopiec słuchał i patrzył na kolegów. – Mamo – zawołał- mamo, czy mogę iść na sąsiednie podwórko?
- Jasnowłosa pani pokazała się w oknie. – Poczekajcie- zawołała i wybiegła do ogrodu. – Pójdę z wami – powiedziała i popchnęła wózek .
- Karol jest po wypadku – mówiła do chłopców. Cudem ocalał z katastrofy autobusu, który wiózł dzieci do Grecji na kolonie. Dotychczas mieszkaliśmy w bloku i Karol nie mógł wychodzić na dwór. Całymi dniami siedział sam na balkonie. Dlatego kupiliśmy ten dom.
- My - proszę pani będziemy się z nim bawić i naszą kryjówkę mu pokażemy, a nawet możemy go tam wciągnąć – zawołał Krzysiek i zaprowadził mamę Karola pod ich tajemnicze miejsce. Spuścił na sznurze huśtawkę i wszyscy razem z mama Karola pomogli usadzić w niej chłopca.  – Tylko się mocno trzymaj – zawołał Krzysiek, patrząc jak Arek z Benkiem wciągają krzesełko od huśtawki na platformę ich domku.
- Mamo, ale Fajnie! – wołał zachwycony Karol. – Jestem na drzewie, o już siedzę w domku. – Silne zgrabne ręce Krzyśka posadziły Karola na drewnianym podeście, wśród zielonych gałęzi.. Mama kalekiego chłopca stała pod drzewem, uśmiechała się, ale po jej policzkach płynęły łzy.
- Dziękuję wam – wyszeptała. – Nie ma za co – powiedział Benek. – To my powinniśmy podziękować, bo teraz wiemy, po co tak naprawdę zbudowaliśmy  ten domek
 I w ten sposób trzech kolegów zaprzyjaźniło  się z Karolem. Kaleki chłopiec zawsze był brany pod uwagę w ich pomysłach, zabawach i przygodach. Domek na drzewie nie był już tajną kryjówką, ale miejscem spotkań i przygód  czterech  przyjaciół. To w nim rodziły się wspaniałe plany i drzemały wielkie tajemnice.

 

<< Wstecz
Elzbieta Sniezkowska-Bielak