Domik - przyjaciel Dominika

W ostatni dzień lutego 2014 roku w gościnnej Bibliotece Publicznej Miasta i Gminy Gryfów Śląski, która ma siedzibę w Europiejskim Centrum Kulturalno - Informacyjnym, które od kilku lat działa w tym miescie odbyła sie promocja nowej książki Elżbiety Śnieżkowskiej - Bielak "Domik-przyjaciel Dominika. Szczegóły dotyczace książki i promocji na stronie: /www.facebook.com/domikprzyjaciel

 


Rozdział piąty: Dominik i Tabliczka Marzenia

 

Tego dnia wróciłem ze szkoły w bardzo złym humorze. Pani zwróciła mi uwagę, że nie nauczyłem się tabliczki mnożenia i nic dzisiaj nie umiałem. Nawet napisała w zeszycie uwagę czerwonym długopisem. Wyglądało to bardzo nieciekawie. Wpis pani, zrobiony na czerwono drobnym maczkiem, szczerzył do mnie  złośliwy uśmiech, jakby chciał  powiedzieć, że jestem leniuch i w dodatku do niczego się nie nadaje.

To prawda, że pani kazała się nauczyć tabliczki mnożenia  do pięćdziesięciu i mówiła o tym od kilku tygodni, ale  oddalałem od siebie codziennie tę czynność. Siedzenie w pokoju przy biurku i wkuwanie tabliczki mnożenia wydawało mi się głupim zajęciem i w dodatku strasznie nudnym.

Nawet kiedyś spróbowałem, ale wszystko mi się poplątało, więc powiedziałem  mamie, że już odrobiłem lekcje i pobiegłem  na podwórko.

Dzisiaj w szkole pani jednak zaczęła pytać tej tabliczki mnożenia. I nawet pokazywała działania na klockach, jabłkach, kasztanach, ale niczego nie rozumiałem, bo  nie odrobiłem lekcji w domu.

No i   wychowawczyni wpisała mi do zeszytu smutną buźkę i napisała do mamy uwagę.

Siedziałem nad otwartym zeszytem i nie wiedziałem jak to mamie pokazać. Wiedziałem, że nie obejdzie się bez jakiejś bury, no i pewnie nie będzie niedzielnych wycieczek, dopóki się nie poprawi.

- Hej , hej Dominiku, masz jakiś problem? – odezwał się do mnie Domik, który niepostrzeżenie wślizgnął się do pokoju.

- Oj mam Domiku, poważny. Mama pewnie zaraz się na mnie zezłości, a tata nie zabierze mnie już na niedzielną wycieczkę, ani na żaden mecz. Będę musiał wkuwać te tabliczkę mnożenia, a to jest takie bardzo nudne i już wiem, że wcale mi nie wyjdzie.

- Hmmm – zastanawiał się Domik, siadając przy lampce  stojącej na biurku – masz inne wyjście niż powiedzenie mamie całej prawdy?

- Noooo, nie bardzo – przyznałem pokornie. – Ale mogę jeszcze nie powiedzieć, tylko spróbować się nauczyć. Myślę,  że do jutra z tym poczekam.

- Radziłbym ci powiedzieć mamie i zasiąść do nauki. Możesz przecież poprosić, żeby cię potem przepytała z tej nieszczęsnej tabliczki.

- Domiku, nie widzisz, że ja jestem mężczyzną i nie potrzebuję niczyjej pomocy i muszę to zrobić sam, chociaż mi się nie chce.

- Ależ rozumiem cię doskonale! I bardzo w tobie cenię to, że chcesz się poprawić. Tylko…

- Tylko co????

- Tylko mamę oszukujesz. I nie wyjdzie ci to na dobre.

- Wyjdzie, wyjdzie, zobaczysz! – wykrzyknąłem beztrosko i otworzyłem książkę do matematyki. – Nie przeszkadzaj mi teraz. Uczę się!

Domik  zsunął się po bocznej ścianie biurka, położył się pod oknem na małym dywaniku i zamyślił nad czymś głęboko. Ja natomiast powtarzałem pięć razy sześć – trzydzieści,  sześć razy siedem – czterdzieści dwa, sześć razy osiem – czterdzieści osiem.

Powtarzałem tak i powtarzałem, aż Domik zasnął na dywaniku, a i mnie samego zmorzył wkrótce sen.

- Dominiku kolacja! – glos mamy doleciał jak przez grubą ścianę. Nie odpowiedziałem, tylko  zmieniłem pozycję na swoim fotelu przy biurku i drzemałem nadal.

- Czemu się nie odzywasz? – usłyszałem tuż nad sobą głos taty. Otworzyłem oczy i zobaczyłem…. Zobaczyłem, że tata trzyma w rękach zeszyt z tym szyderczo uśmiechającym się czerwonym wpisem pani.

- Co to jest? – ostro zapytał tata.

- To jest uwaga – odpowiedziałem, spuszczając głowę.

- I ty nam o tym nic nie powiedziałeś?  Dlaczego?

- Bo myślałem, że sam się dzisiaj wszystkiego nauczę i pokażę pani, że umiem.

- Pani pisze, że zadała wam nauczenie się  tej tabliczki już trzy tygodnie temu i przypominała kilka razy. Dlaczego nic nie powiedziałeś?

Nie odpowiadałem. Ze złości i z bezsilności po policzkach pociekły mi łzy. Byłem wściekły na siebie, na panią, na tatę i na tę tabliczkę mnożenia.

Oczywiście było tak jak przypuszczałem. Rodzice robili mi wymówki, zapowiedzieli , że nic nie będzie z niedzielnej wycieczki rowerowej, ani z wychodzenia na podwórko. Tata podzielił całość zadanego materiału na kilka części i zapowiedział, że następnego dnia będzie w szkole.

Wszystko to nie służyło poprawie mojego humoru. Wieczorem, po kolacji, kiedy przyszedłem do kuchni, żeby napić się mleka, zza lodówki odezwał się glos domowego skrzata.

- Usiądź sobie Dominiku  wygodnie. Chcę ci coś opowiedzieć. Myślę, że zrozumiesz jak ważna jest Tabliczka Marzenia.

- Co ty mówisz Domiku? Ja mam przecież kłopoty z tabliczką mnożenia!

- Ale jest i inna tabliczka, nazywa się Tabliczka Marzenia. Wystarczy, ze zamkniesz oczy i zaraz ci się pojawi. Zamknąłeś? To dobrze. Widzisz ten czerwony przycisk z prawej strony, widzisz go w swojej wyobraźni?

Zamknąłem oczy i zobaczyłem…. Zobaczyłem piękną, lśniącą tabliczkę podobną trochę do tabletu, który ma tata, a z prawej strony mrugał do mnie wesoło czerwony przycisk. Natężyłem swoją wyobraźnie i wpatrując się mocno w mrugający czerwono guziczek, wcisnąłem go. I nagle…. Znalazłem się na białym, małym stateczku, który płynął spokojnie po zielono- niebieskim morzu.

- Hej, kapitanie! Wołał do mnie ktoś o głosie bardzo podobnym do domowego skrzata. Trzymaj kurs na południe. Płyniemy na wielką morską defiladę!

- Cała naprzód! – zawołałem i statek ruszył spokojnie po  zmarszczonej lekkim wiatrem morskiej wodzie.

- Morze jest spokojne – powiedział znowu głos Domika. Możesz więc posłuchać mojej morskiej opowieści.

 

 

Rozdział szósty : Kapitan papierowej łódeczki

 

Kiedy męczy nas codzienność,

albo szkolne złe wspomnienia,

trzeba w wyobraźni sięgnąć

po…? Po Tabliczkę Marzenia!

W tej tabliczce żyją właśnie

zupełnie prawdziwe baśnie!

A to historia nieznana

baśniowego kapitana!

Kapitan ten był nieduży

o, taki, taki malutki!

Lecz z oddaniem zawsze służył,

broniąc papierowej łódki.

Łódkę te kiedyś na plaży

zrobił chłopiec, który marzył

o podróżach i pływaniu,

wśród fal morskich żeglowaniu.

Więc kapitan Baśmin dzielny,

który wzrok miał i słuch celny,

który wilkiem morskim został

( a to wcale rzecz nie prosta),

Wypłynął na defiladę,

na morskich statków paradę.

Patrzy – a tu moi mili,

obok niego w jednej chwili

dwa okręty wielkie płyną.

Każdy z bardzo dumną miną,

każdy burtę ma czerwoną,

chorągwiami ozdobioną

W osiem chorągiewek barwnych

dmucha morski wiatr figlarny.

A kapitan? Chce policzyć,

wzrokiem chorągiewki schwycić,

ale zapomniał z wrażenia

całej tabliczki mnożenia!

Aż się mewa roześmiała,

co na maszcie gdzieś siedziała.

Dwa okręty, a flag osiem,

czy ty masz liczenie w nosie???

Ile to jest kapitanie?

Gdy pomnożysz, co się stanie?

Chorągiewek jest szesnaście!

Powinieneś wiedzieć właśnie,

że choć spełniasz swe marzenia,

nie znasz tabliczki mnożenia!!!!

Czy to w baśni, czy to w życiu,

na morzu, w szkole, w ukryciu,

gdy marzenia pragniesz schwycić,

naucz się porządnie liczyć!

Trzy są statki, cztery mewy,

Oj, piraci się zbliżają

dwie okropnie czarne flagi

z trupią czaszką powiewają.

Trzy armaty wytoczyli,

po sześć kul do nich włożyli.

Trzeba zmykać kapitanie,

 

nic ze statku nie zostanie.

<< Wstecz
Elzbieta Sniezkowska-Bielak